Think-o-matt

Zatrzymaj się na chwilę i spójrz

Cele. Zawsze dążymy do jakiegoś celu. Najpierw je sobie wyznaczamy, opracowujemy strategię do ich osiągnięcia, wdrażamy ją w życie i choć po drodze okazuje się, że 85% planów poszło się jebać, bo zawsze pojawi się coś nieprzewidzianego, to ostatecznie gdzieś docieramy. Powiedziałbym, że do mety, ale patrząc na te wszystkie obce drogowskazy mijane po drodze ciężko powiedzieć, czy aby na pewno do mety właściwej, a nie wyścigu rozgrywanego gdzieś obok, w którym kompletnie nie planowaliśmy brać udziału. A jakby tak się zatrzymać po drodze i zastanowić się przez moment: dlaczego w sumie zaczęliśmy ten bieg?

Zastanawiam się czasem ile w życiu dostałem porad, do których się nie zastosowałem. Mogłem mieć akurat zatkane jedno ucho czy być zajęty skrollowaniem fejsa i to by mnie usprawiedliwiało, choć pewnie częściej do głosu dochodziło zwykłe lenistwo i jeśli porada wiązała się z czym więcej niż ruszeniem mózgownicą (myśleć akurat lubię, czasami aż za często), to tego po prostu nie robiłem. Wiecie, weź kartkę papieru i przez 5 min bazgraj na nie o czym aktualnie myślisz, zadzwoń do 10 znajomych, z którymi kontakt ci się urwał, czy stwórz szczegółowy harmonogram dnia i listę zadań do wykonania. Prędzej umrę niż cokolwiek z tego zastosuję (choć na łożu śmierci z tą cytatą blondyną nie powinno być to szczególnym problemem), ale o dziwo którąś z tych ‚porządnych’ porad udało mi się wdrożyć w życie. Raz. Na początku roku wypisałem co mnie w aktualnej pracy wkurwia i dlaczego warto ją zmienić.

Lista trochę tych punktów miała, zestawiłem sobie wady i zalety. Po rzetelnej analizie przeprowadzonej w moim rzetelnym mózgu stwierdziłem, że plan naprawczy wygląda mizernie i mam związane ręce, więc trochę słabo poświęcać 8 h dziennie na coś, co mnie nie kręci i czas się zbierać. Nie z dnia na dzień, w końcu środki na karmienie nałogów z kapelusza się nie biorą, ale w ciągu najbliższych miesięcy. To było w styczniu.

Teraz mamy maj. Ludzie zaczepiają mnie nad Wisłą i podziwiają moje wąsy, później rozpalają grilla i piją perły na plaży, więc wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że styczniowa zimowa aura za nami. Tak jak i moje plany spierdalania z aktualnego miejsca zatrudnienia.

Przez ten okres działo się sporo i to nie czas i miejsce, aby się nad tym pochylać. Zmiany, dużo zmian. Wylądowaliśmy w mordorze, każdy się tego bał i jest mi tu cholernie dobrze. Ale po kolei.

Teoria z wypisywaniem mówi, że przenosząc myśli na papier prościej nam niektóre rzeczy dostrzec. I ja tak właśnie w styczniu zrobiłem. Wspomina też o naszym mózgu, a konkretniej którejś tam jego części odpowiedzialnej za podświadomość. Że nawet jeśli wypiszę: ‚gdzie som moje piniondze, chce być miljonerem’ i wrócę do picia harnasia w koszulce żonobijce i czując moc tego odzienia dalej będę lał konkubinę kablem to prodiża, to podświadomość będzie nad tym sobie pracować. Trudno wyobrazić sobie, że poskutkuje to znalezieniem pewnego poranka na koncie nadmiarowej kwoty z sześcioma zerami, ale niech będzie, że my (nasz mózg) nie pozostał obojętny na wypisane słowa.

I tak chyba, kurde, faktycznie było. Rozjebałem w drobny mak wszystkie wad, które na tej liście się znalazły. Ale uświadomiłem to sobie dopiero kilka dni temu, robiąc porządki w chmurze i przeglądając stare rupiecie. Wiecie, zasada trochę jak ze zdjęciami przy przeprowadzce.

Patrząc na tę listę zastanowiłem się, ile przez te 4 miesiące się zmieniło. Na ile rzeczy miałem wpływ, a ile ‚po prostu’ zbiegło się w czasie, bo pomimo moich licznych mocy, zmiana lokalizacji siedziby redakcji jednak poza nie lekko wykracza.

Zdzieliło mnie obuchem przez łeb jak dużo mogłem zmienić sam, choć przecież ani na comiesięcznym rachunku nie zaczęło pojawiać się więcej, ani dotychczasowa tematyka się specjalnie nie zmieniła. Ot, zbiór dni w pracy jakich wiele.

I tak zastanawiając się dłużej i szukając innych wzorców przyczynowo-skutkowych, przez te kilka lat przemierzania ziemskiego padołu łez, widzę, że one istnieją. Ale przy codziennym zapierdolu po prostu ich nie widać. Chyba, że się na chwilę zatrzyma i spojrzy. Bo nic tak nie pobudza, jak satysfakcja z własnych sukcesów. A sukces sam w sobie jest gówno warty, jeśli nie będzie się w stanie go dostrzec. Więc jeśli macie chujowe życia, to zróbcie sobie takie listy. Może coś da.

You Might Also Like