Think-o-matt

Tylko działanie się liczy

Planowanie to bardzo ciekawe narzędzie. Dzięki niemu można przewidzieć kiedy skończą się płatki na śniadanie i zawczasu zapobiec katastrofie, czy zacząć się uczyć nie wieczór, a tydzień przed egzaminem (ponoć ostatni taki przypadek zanotowano w 1861 r., pacjent wkrótce zmarł). Jednak planowanie jest zwodnicze, ponieważ daje ułudę działania. A gdy po pewnym czasie z ułudy zejdzie farba, pojawiają się dwa słowa: gorycz i porażka.

Działaj

Czy kiedykolwiek słyszałeś o człowieku sukcesu, który był dumny ze swoich planów? Pytanie celowo skonstruowałem w tendencyjny sposób, ponieważ najpierw należałoby się zastanowić dlaczego ten człowiek sukces osiągnął. I odrzućmy na starcie wymówki naczelnych prokrastynatorów. Nie miał bogatych rodziców ani kryształowej kuli. Za sukcesem mogło stać tylko jedno: działanie. Bo w ostatecznym rozrachunku tylko ono ma znaczenie.

Często błędnie nam się wydaje, że wpadając na genialny pomysł (dlaczego genialny, skoro to tylko pomysł?) większość roboty już za nami, a wykonanie jest tak banalne, że nawet nie warto się tego podejmować. Przecież to by urągało honorowi geniusza, który jadąc do pracy, czy rozmyślając pod prysznicem na ten pomysł wpadł. Nic tylko własny thinktank zakładać.

Dobry pomysł jest warty tylko tyle, co jego realizacja. Planami rachunków się nie zapłaci i ci mający więcej niż 4 zera na koncie doskonale o tym wiedzą. I my sami nawet intuicyjnie wyczuwamy, że coś z tym planowaniem jest nie tak.

-Chcę zostać najlepszym na świecie baristą.

-No ok, a to chodzisz na jakiś kurs czy dorabiasz w dobrej kawiarni?

-Nie no, powoli, na razie sobie wszystko planuję.

Chwalić się planami, to gorzej niż podawać swoją pensję brutto czy długość penisa razem z kręgosłupem. Z jednej strony to może zmotywować do działania i do głosu dochodzi zasada, że skoro o czymś już powiedzieliśmy publicznie, to będziemy odczuwali wewnętrzny przymus, aby to wykonać. Osobiście jednak wolę drugie podejście, czyli ‚ciche’ planowanie i po prostu robić swoje. Odczuwam wtedy zdrowsze źródło motywacji i czuję, że robię coś dla siebie (nawet gdy mi się nie chce), a nie ku uciesze braku ostracyzmu garstki ludzi, których pewnie za parę lat już pewnie nie będę znać.

Satysfakcja realizacji

Satysfakcja z wykonania zadania to jest kolejna rzecz, której się nie odczuwa przy planowaniu. Niby fajnie, że wpadłem na pomysł, który ma odwrócić do góry nogami dotychczasowe spojrzenie na sektor finansów osobistych mieszkańców środkowej Azji, ale skąd mam wiedzieć, że to faktycznie zadziała? Warunki koniecznie do sukcesu mogą się zmienić jeszcze 100 razy po drodze i suchy pomysł będzie niewiele więcej warty niż wspomnienie zeszłej jesieni.

A może w międzyczasie ktoś wpadnie na coś podobnego, ale jeszcze lepiej zrealizowanego? Przecież nie tylko ty posiadłeś ‚genialny’ umysł i na świecie żyje jeszcze jakieś 7 mld ludzi, którzy mogą potencjalnie to zrobić lepiej.

Niespełnione marzenia

Skup się. Co czujesz, gdy masz naprawdę świetny pomysł? Może lekkie podniecenie, pewnie sporą dawkę motywacji i porównywalną niepewności. Teraz wyobraź sobie, że ten pomysł przepada. Nigdy nie uda się go zrealizować. Nieważne dlaczego, czy miałeś na to wpływ, czy nie. Po prostu wszystko przepadło. Co teraz czujesz?

Mija 50 lat. Jesteś już stary, pogodziłeś się, że twój czas w tym wcieleniu się kończy, córka już dawno wyszła za mąż, a do ciebie wpadają wnuki. Lubisz je, słodkie urwisy i zawsze im dajesz lizaki, gdy ona i zięć nie widzą. One lubią słodycze, a ty jak dopytują o kolejną historię. Uczciwy układ. Najbardziej lubią tę o żołnierzykach, które zbierałeś w młodości. I nawet część z nich przetrwała do dziś.

Wymarzyłeś sobie, że odtworzysz lądowanie w Normandii. Oglądałeś ‚Szeregowca Ryana’, czytałeś liczne źródła, wiesz dlaczego była to misja niemal samobójcza, co zawiodło i dlaczego o mały włos historia wojny nie potoczyłaby się inaczej.

Opowiadasz wnukom jak zbierałeś informacje o pojazdach użytych przez aliantów podczas lądowania oraz jak wyposażone były niemieckie bunkry. Masz ten widok przed oczami, sam wielokrotnie szturmowałeś betonowe fortece w Call of Duty.

Zaczynasz mówić z taką pasją, że maluchom nie zamykają się buzie. Niemal są z tobą na bitwie, którą odtworzyć postanowiłeś.

Opisujesz charakterystykę każdej broni używanej przez żołnierzy. Jak trudno było wykonać ich repliki dla twoich żołnierzyków i jakie sztuczki stosować musiałeś, aby osoba postronna mogła powiedzieć: wow.

Mógłbyś tak opowiadać godzinami, ale córka musi już iść, zabiera dzieciaki i obiecuje, że wpadnie za tydzień.

I choć całe życie przepracowałeś w biurze jako księgowy, i choć nigdy nie miałeś ambicji wspiąć się na szczyt i twoje ustatkowane życie w pełni ci wystarczało, i choć spałeś w życiu tylko z 4 kobietami, a na podróż stopem na Krym się nie zdecydowałeś, bo niebezpiecznie, to jakby wyglądało twoje życie, gdybyś wnukom mówił:

miałem plan odtworzyć najważniejszą bitwę podczas II wojny światowej

i później spoglądał na pustką półkę, gdzie od kurzu grubsza warstwa była wyłącznie żalu, że nie spróbowałeś, a teraz oczy już nie te i ręce mniej pewne.

M.

You Might Also Like