Think-o-matt

Słowem wyjaśnienia, bo to już rok

Drogi Czytelniku. Albo Czytelniczko. Fajnie, że wpadłeś/aś. Dziś wybiorę formę osobową damską, więc aś. Mija rok. Prawie rok od startu. Staram się tutaj (najszybciej jak się da!) dostarczać we wpisach co mi tylko na sercu leży, ale jak być może zauważyłaś, ostatnimi czasy regularność mija się szerokim łukiem z ontheedge.es, a ja pisać lubię, więc należy Ci się kilka słów wyjaśnienia. W końcu to rok. Prawie rok.

Czytelniczko! To już rok!

Mam nadzieję, że wybaczysz mi tak bezpośrednią formę spoufalania się i adresowania, ale targają mną wyrzuty sumienia i muszę podjąć to ryzyko. No i z okazji roku więcej mi wolno. Prawie roku.

Być może zaobserwowałaś, że ostatnimi czasy na blogu za dużo treści się nie pojawiało. Już tyle razy obiecywałem sobie, że będę w końcu pisać regularnie, ale jak nie urok to sraczka i spraw milion stanęło mi na przeszkodzie. Na szczęście (dla mnie) 99% z tych spraw to sprawy przyjemne, więc jeśli spieszysz ze współczuciem (och, jak miło) to może kolejnym razem, gdyż teraz nie miałbym co z nim począć, a odłożone do pudełka i wrzucone na półkę tylko niepotrzebnie zwietrzeje.

Blisko rok temu ruszył pewien blog pod adresem ontheedge.es, o którym być może słyszałaś. Jeśli nie, to w wolnej chwili polecam. Koleś tworzy całkiem fajne teksty. Sam też czasami przeczytam, choć mógłby wrzucać częściej i regularniej. Ja na jego miejscu bym tak robił.

Ale żarty na bok, bo sprawa jest poważna. Nie wchodzisz w końcu tutaj, aby czytać o niczym i patrzeć jak wąsaty autor nabija kolejne akapity, kompletnie nie wnosząc za tym treści.

Startując z blogiem miałem plany. Wielkie plany. Świat leżał u mych stóp i z miną zbitego psiaka (czy Nicolasa Cage’a) prosił o owoc mych palców, i opium dla duszy, jakim miały być moje wpisy. I były. Głównie dla mnie.

Trochę mi głupio, gdy zaglądam do pierwszych tekstów, ale tylko trochę. Sam nie do końca wiedziałem, co chcę przekazywać i często wychodził kogiel-mogiel. Milion myśli na sekundę. Milion wątków w krótkich wpisach i skróty myślowe jak z Gdańska do Zakopanego. Czasami naprawdę zastanawiam się jak (mój) mózg funkcjonuje i skąd w nim pewne połączenia, dlatego staram się regularnie spożywać alkohol, aby ich nie było zbyt dużo.

Bo podobno alkohol robi z mózgiem złe rzeczy. Choć jacyś lepsi amerykańscy naukowcy udowodnili, że żeby poważnie mózgownicy zaszkodzić, to trzeba by ze 20 butelek wódy walić dzień w dzień, więc do tego jeszcze trochę mi brakuje. I wesele z poprzedniego weekendu (matko jakie genialne) się nie liczy.

Przyznaję się więc oficjalnie i bez bicia, że drogę przez ostatni rok gubiłem regularnie (a może raczej wciąż jej szukałem), dochodziłem do krawędzi i z niej spadałem, a nawet teraz wspomnianej drogi pewien nie jestem pewien.

I właśnie do tego zmierzam, gdyż to informacja mega ważna i nie przesadzę mówiąc, że jedna z ważniejszych w moim nowożytnym życiu. Nie jestem pewien gdzie iść i czuję się nieco zagubiony.

Jest mi (za) dobrze

Sporo wody (i wina) nad Wisłą upłynąć musiało, zanim mogłem napisać te słowa dając kończynę sobie uciąć, ponieważ najczęściej stan ten był tymczasowy. Znaczy, że tymczasowo mi było dobrze. Znów ni to żal na swój los, ni to wyznanie z mojej strony, tylko raczej spojrzenie z perspektywy na pewne fakty. O ile o samopoczuciu czy emocjach można pisać w kategorii faktów.

Czuję, że przez ostatni rok wbiłem naprawdę dużo leveli i choć może nie pochwalę się pokaźną kolekcją zwierzaków w pokemon go, to przynajmniej jest mi dobrze. Za dobrze.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę, ale jednak to czynię. Jest mi za dobrze. Czuję, że wszystko działa jak należy, trzymam wszystkie właściwe sznurki w garści i wiem jak je obsługiwać. Jednak to ostatnie tygodnie były kluczowe i swoistą kropką nad ‚i’, które zadecydowały o wielu rzeczach i bezpośrednio spowodowały powstanie niniejszego wyznania.

Pamiętasz, jak najpierw napisałem o wsłuchaniu się w siebie, a później (nawet w formie felietonu!) o byciu oazą spokoju? Więc się wsłuchałem. I tą oazą spokoju się stałem.

Jest to bardzo ciekawy stan, ponieważ kompletnie nowy dla mnie i dopiero się uczę go obsługiwać. Taki duży chłop, takiego fajnego wąsa ma, a nie może sobie poradzić ze stanem.. zen? (I nie mylić tego z hostingiem zenbox.pl, którego aktualnie używam – beznadzieja, więc za tydzień uciekam.)

Nieco dziwnie mi te słowa pisać, ponieważ nie wiem, czy nie bije z nich jakaś forma pychy czy przechwalania się, ale jak kraftowe piwo kocham, tak uporządkowanego i wyciszonego umysłu to ja nigdy nie miałem. Jakkolwiek paradoksalnie by to zabrzmiało, rodzi to pewne problemy, które w najbliższym czasie będę starał się sukcesywnie rozwiązywać. Jednak najpoważniejszym jest ten z pisaniem i rodzajem ‚paliwa’, którego do tej pory używałem. Bo go zabrakło. I oby nie chwilowo. Do rzeczy.

Weltschmerz

Tak właśnie. Weltschmerz. Ból istnienia. Schopenhauer na dziś i takie tam. Gdy sobie myślę jak powstała znacząca większość wpisów, to moim ziomem był właśnie weltschmerz i choć wtedy sobie tego nie uświadamiałem, to teraz (z perspektywy czasu i emocji) widzę to dość dobrze.

To właśnie jakiś rodzaj wewnętrznego weltschmerzu, pomagał mi przekłuwać myśli kłębiące się głowie na tekst i najczęściej wychodziło to dobrze. Ja byłem zadowolony, czułem się lepiej, powstawał fajny tekst i wszyscy szczęśliwi. Gorzej, jak tego paliwa zabrakło, a ja zacząłem sobie myśleć: ale przecież jest mi dobrze, więc o czym mam pisać? I jak?

No właśnie.

Gdy już do domu dotarłem, kolację przyrządziłem i razem z Gonciarzem na ekranie ją spożyłem, to pytanie powróciło i stwierdziłem, że warto tę sprawę rozwiązać raz na zawsze. No dobra, może nie raz na zawsze, ale przynajmniej rzucić na nią trochę światła i nieco uporządkować. Co też niniejszym czynię.

Dużo wątpliwości

Pisząc te słowa ma miejsce rzecz niesłychana, gdyż na serwerze leży kilka wpisów rozpoczętych, a wcześniej zawsze je od razu kończyłem. Jeden z nich rozpoczyna się takimi słowami (pisownia oryginalna, bez korekty):

Nie wiem gdzie jest północ

Minąłem punkt, gdzie stał ostatni drogowskaz. Dokładnie w tym miejscu stanął kiedyś jakiś anonimowy podróżnik, wbił tabliczkę i ruszył z maczetą w puszczę wytyczać nowe szlaki. Może zjadł go tygrys, może odnalazł Eldorado, a może po 50 m zmienił zdanie i wrócił  na kanapę przed telewizor. Pewności mieć nigdy nie będziemy, ale możemy próbować sprawdzić gdzie prowadzą drogi, które rozchodzą się na wszystkie drogi od wspomnianej tabliczki. Bo nie jesteśmy pierwszymi, którzy się w tym miejscu się znaleźli, nie wiedząc kompletnie co dalej.

Ja też nie wiem. Widzę jedynie morze możliwości aż po horyzont i podróżnika stającego przed decyzją. Który się waha, czy zabrał w plecaku wystarczająco dużo doświadczenia i czy to już odpowiedni moment.

Skoro jest już na rozstaju, to nigdy nie będzie lepszy.

I w kolejnym przypływie krystalicznie czystego flow go dokończę. Tekst znaczy się. Bo jest mistrzowski i chciałbym tak pisać non stop. Wyobraź sobie tylko książkę z takim językiem! Kiedyś ją napiszę – nie od razu Rzym zbudowano! Wstęp już mam!

I choć nieco tym cytatem mogłem popsuć ‚niespodziankę’ wspomnianego wpisu, to wolałem się zabezpieczyć, gdyby jednak nigdy się nie ukazał. Bo to różnie bywa. I z planami. I z blogiem.

Sporo wątpliwości kłębi się we mnie, co TAK NAPRAWDĘ chciałbym Ci przekazać. Jakie tematy poruszyć. Jak często pisać. Jakie formy wpisów tworzyć. Zakładać maskę czy nie. Dodawać nieco pazura tekstom, przepuszczając je przez odpowiednie filtry, czy nie. Personalnie czy bardziej uniwersalnie? Próbować mówić Ci jak warto żyć, podczas gdy sam pływam w morzu wątpliwości?

Na te i inne pytania odpowiedzi na razie nie mam.

Minął (prawie) rok, nauczyłem się dużo, fajnie, że to czytasz i mieliśmy okazję w jakiś sposób się poznać.

Dziękuję

Chcę też Ci podziękować, bo gdyby nie (regularne!) słowa, że fajnie piszę, to pewnie rzuciłbym to w cholerę. A raczej nie rzucił, tylko zapomniał w natłoku innych spraw i pewnego poranka obudził się w wieku 65 lat i 4 przebytych zawałach pytając sam siebie: co ja tak właściwie zrobiłem ze swoim życiem?

Chwilowo mam pewność, że nawet gdy w końcu mnie potrąci samochód, bo mam czelność jeździć rowerem po ulicy (pozdrawiam co niektórych kierowców), to zostanie po mnie chociaż kilka słów w necie.

Przynajmniej dopóki hosting będę miał wykupiony.

Do kolejnego!

M.

You Might Also Like