Life-o-matt Psych-o-matt Think-o-matt

Nikt nie jest surowszy od ciebie

Jak to jest, że porównując się do innych (które samo w sobie jest złe – nie rób tego) po 0,5 ms jesteś w stanie wytknąć swoje braki: czego nie potrafisz, mniejsze cycki czy gorsze ciuchy, a wszystkie twoje osiągnięcia i zalety odpływają nagle do odległych krain, które są cholernie słabo skomunikowane z całą resztą twoich życiowych miejsc?

Im bardziej myślę nad tym co chcę przekazać, tym większy mętlik mam w głowie. Z jednej strony umniejszamy swoje osiągnięcia i skupiamy się przede wszystkich na wadach, a z drugiej możemy to zrzucać na ewolucję i rozwijanie przez nią (nie)odpowiednich części naszego mózgu. Poczucie swoich ograniczeń wzbudzało w nas strach, a to znacząco zwiększało nasze szanse ucieczki przed tygrysem i w efekcie przetrwanie. Szczęście czy zadowolenie w kontekście współczesnym jakoś specjalnie ewolucyjnie przydatne być nie musiało, więc i się nie rozwinęło. Albo inaczej: zostało zepchnięte na dalszy plan, bo jak może być wyżej w hierarchii niż chędożenie (przetrwanie gatunku) czy jedzenie (własne przetrwanie, żeby móc chędożyć).

I czasami jak zaczynam się zastanawiać z czego dany ludzki (i wasz, i mój) problem wynika, tak dostrzegam coraz to nowe ‚ograniczenia’, które ograniczeniami się stały, ponieważ nasz gatunek i społeczeństwo ma się całkiem dobrze. Oczywiście ta zachodnia część społeczeństwa, co już jest brutalnym uproszczeniem, ponieważ zawierając tezę w kilkunastu znakach stawiam kreskę między ludźmi i dzielę ich na lepszych i gorszych. Ale ma być krótko i temat, więc kontynuując.

Jesteśmy dla siebie najsurowszymi sędziami. I w tym miejscu pasować będzie na przykład to:

Interesujące, prawda? To, jak widzimy siebie jest mocno subiektywne i choć doskonale znamy swoją twarz i ciało, to zapytani o te cechy mamy skłonność do kurczenia się w sobie, wyolbrzymiania nosów i dokładania cellulitu.

Pewien pan, który się zwał William James i był amerykańskim psychologiem mówi, że to wina dualnego ‚ja’. Otóż patrząc w lustro nie możemy po prostu ‚spojrzeć’ na siebie. Owszem, z naszych oczu dotrze zbiór informacji będących obrazem, ale musi on jeszcze zostać ‚przetworzony’ i tutaj wchodzi pojęcie dualnego ‚ja’, czyli to co siedzi bezpośrednio w mózgu. Cokolwiek byśmy o sobie nie uważali, w jakimkolwiek humorze byśmy aktualnie nie byli, to ostateczny werdykt o samym sobie będzie zawsze subiektywny, ponieważ wpływ na niego będzie miała cała ta pośredniczącą warstwa emocji, doświadczeń i przekonań, których nie sposób się pozbyć.

I tak nie widzimy w lustrze bruneta 184 cm z brodą, a gotową ocenę o tym kim jest. Po świetnym wieczorze z piękną kobietą będzie to macho i casanova w jednym, a po ciągu listopadowych dni i z niepewną wizją kończącej się umowy zatrudnienia w lustrze ukaże się zdołowany zlepek szarej masy, do którego nie mają serca nawet dzwonić telemarketerzy.

Więc mówiąc krótko: cały ten pierdolnik w twojej głowie powoduje, że możesz czuć się jak gówno, choć będziesz wyglądać nie gorzej niż David Hasselhoff. Za czasów Słonecznego patrolu. Albo teraz. Jak wolisz.

Czyli po prostu jedno z tych ‚ja’ to emocje nas definiujące, natomiast drugie ‚ja’ analizuje i przetwarza to co widzi. Problem przy własnej ocenie wydaje się wtedy bardziej niż pewny. To trochę jak być naraz książką i jej czytelnikiem.

Chciałoby się rzec, że nie potrafimy być obiektywni, choć czy obiektywizm w tym aspekcie istnieje? Abstrahując od ‚ja’, to każdy z nas jest zakotwiczony od dziecka w jakiejś erze, społeczności i kulturze, które dodatkowo przez lata wypracowały swoje własne kanony piękna.

I nie jesteśmy ich ze sobą porównywać, ponieważ co by takie porównanie znaczyło? Że kobiety (hehe) w Tajlandii (hehe nr 2) są brzydsze niż Polsce? Rzekła osoba, wychowana we wschodnioeuropejskiej kulturze przełomu XX i XXI w.

Albo, że kiedyś ideały były ‚grube’? Grube, bo wiązało się to z oznaką dobrobytu. Masz kasę = dużo jesz = jesteś gruby. Co ciekawe ten model nadal funkcjonuje, ale w ‚gorszych’ częściach świata. Zachód jest fajniejszy, jest już krok za tym. Teraz jak masz hajs, to żresz bezglutenowe fit sałatki fair play z cieciorką i sosem winegret na bazie łez modelek.

Więc jeśli kolejnym razem będziesz miał w głowie pobojowisko (na miarę przystanku autobusu nocnego przy Dworcu Centralnym po weekendzie) i twoja samoocena będzie tak niska, że będziesz zastanawiał się czy samobójstwo przez przedawkowanie Rutinoscorbinu jest możliwe, to pomyśl sobie, jak cię widzą inni.

Ja na przykład mam zajebiste wąsy i stylówę.

You Might Also Like