Związk-o-matt

Krótka recepta dobrego związku

Kochasz ją. Nawet jeśli nie, to zawsze jej to powtarzasz, choć już dawno oboje przestaliście w to wierzyć. Gdyby ze słownika wykreślono słowa ‚przyzwyczajenie’, ‚wygoda’ i ‚darmowy seks’ to oboje byście nie mieli powodów, żeby rozmawiać. A nie, chwila, przecież już od dawna nie rozmawiacie, bo nie macie o czym. I nie może być gorszej śmierci związku niż ta – w ciszy wzajemnego wypalenia.

Kocham cię – pierwszy tydzień

Poznaliście się przypadkiem. Ona akurat szła do koleżanki i spieszyła się na autobus, ty akurat byłeś na testosteronowej górce i zagadanie do obcej dziewczyny na ulicy nie oznaczało lotu na marsa. Uśmiechnąłeś się do niej, zapytałeś o totalną bzdurę i w efekcie skończyłeś z numerem, żeby zaprosić ją na kawę. Kawa zmieniła się w piwo (dla niej prosecco), później spacer i ‚późno już, muszę lecieć do domu, a ty jakie masz plany?’. Seks był nadzwyczaj dobry, choć oboje się już nauczyliście, że od pierwszych razów za dużo wymagać nie trzeba. Albo inaczej: można, ale nie jest zalecane, bo bywa różnie.

W ciągu następnych czterech dni widzieliście się jeszcze trzy razy. To, co nie zagrało za pierwszym, teraz dało popis godny orkiestry symfonicznej. „Matko, jaki on jest świetny w łóżku”.

Kocham cię – pierwszy miesiąc

Już nie macie problemu z zapamiętaniem wzajemnie swoich imion, a przeglądając ostatnie połączenia i wiadomości macie tam wzajemne pakiety większościowe. Zdradziliście po jednej czy dwóch kompromitujących sytuacji z wcześniejszych randek i upewniliście się, że ta druga osoba nie jest kosmitą, a jednak nadal można po prostu spotkać fajnego chłopaka/fajną dziewczynę. Chemia powoli zaczyna się wytwarzać, ale oboje żyjecie wzajemną fascynacją i najchętniej byście każdy seks kończyli rozmowami do rana i spóźnianiem się do pracy. Co i tak nieuchronnie ma miejsce, bo jak lepiej można wspólnie zacząć dzień niż od orgazmu? Albo paru.

Kocham cię – pół roku

Wiecie już, że na świecie normalne rodziny nie istnieją i dowolna twoja historia spotka się z kontr- i oboje dziękujecie bogu (czy komuś tam na górze, choćby sąsiadowi), że się wyprowadziliście z domu. Znacie swoje podstawowe ulubione potrawy. On mniej więcej wie, gdzie ją zabrać, żeby jej się podobało, a ona nawet zaczyna lubić jego zainteresowania, choć są kompletnie z innego świata.

Jeśli macie, ekhm, trudne charaktery, to już zdążyła się pojawić pierwsza kłótnia czy ciche dni, a jeśli nie, to po prostu czasami wyjście na piwo z kumplami stanowiło miną odmianę od jej (naprawdę świetnego!) towarzystwa.

Czujecie się przy sobie komfortowo, każdy dzień zaczynacie od rozmowy o niczym, często już zdalnie na dowolnym komunikatorze, a później ruszacie do pracy ku swym obowiązkom. Pracy jest tyle, że trafienie na kolejny lolcontentowy link automatycznie wyzwala reakcję: muszę jej to wysłać. Ona niedługo wybiera się na wesele i wybór partnera jest oczywisty.

Kocham cię – rok

To już rok. 12 miesięcy temu poszliście na kawę z happy endem, który trwa do dziś. Cieszycie się, że się poznaliście, choć emocje nieco wystygły. Nie chodzi o to, że on nie opuszcza po sobie klapy, a ona zostawia włosy pod prysznicem. Nie macie 18 lat i doskonale wiecie, że proza życia to nie wyrok, a poza tym przejmować się nią mogą wyłącznie nudziarze, czy słabe pary. I to już niezależnie od wieku. Czyli nie wy.

Lubicie sobie zrobić dłuższe przerwy od wzajemnego towarzystwa. I to jest OK, nie macie z tym żadnego problemu. Każdy ma swoją naturalną przestrzeń i po wejściu w związek ona magicznie nie znika. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. A jeśli zniknie, to spierdalaj stamtąd najszybciej jak możesz. Tyle razy już mówiłem: druga osoba może być dopełnieniem, ale jak masz burdel w swoim życiu i szukasz na nie pomysłu, to związek ci tego nie da i będzie jak prowizoryczna proteza na poważną ranę. A rana ta po jakimś czasie zacznie jątrzyć. Ktoś się nie nauczył po poprzednich razach, co?

Macie stałą paczkę znajomych, z którymi trzymacie się oboje. Jeśli oprócz tego nie macie swoich znajomych ‚na wyłączność’ to patrzcie punkt wyżej i sio, ogarniać burdel w swoich życiach.

Możliwe, że już poznaliście swoich rodziców. Niekoniecznie oficjalnie: „tato, to jest Michał i uprawiam z nim seks bez ślubu”, a raczej przy okazji. Na przykład na wspomnianym weselu.

Znacie już swoje gusta muzyczne, a ten kto przegra zakład stawia obiad. Bo oboje wiecie, co do pyszczka włożyć lubicie.

Kocham cię – dłużej

Tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa. Oboje byliście wcześniej w związkach i wiecie (w ograniczonym zakresie rzecz jasna), na jakie mielizny podczas wspólnego rejsu można trafić. I jak je omijać. Też mniej więcej, bo to już zależy, na ile potraficie wyciągać wnioski i poprawnie sumować 2+2.

Ale jednocześnie od tego momentu zabawa jest największa, ponieważ nie ma drogowskazów. Żadna psiapsióła od wina czy ziomal od fify nie powiedzą ci, co zrobić, żeby było dobrze. Nie powie wam tego też pan kołcz. Ani ksiądz. Ani tym bardziej mama. Choć to akurat dziwne, bo przecież swoje 30 lat jakoś z ojcem wytrzymała. No właśnie – jakoś.

Dochodzicie więc do wniosku, że warto żyć tak, aby nie toczyć niepotrzebnych wojen ze sobą i światem, nie tracić energii na próbę cofania kijem Wisły, a pewne sprawy zaakceptować, bo tak po prostu jest i basta. Dobrze już wiesz, że to jedyny wybór, gdy nie można czegoś zmienić.

Jesteście też dla siebie energią. Nie taką tanią i 10-sekundową z dawki cukru, po której zaraz chce się przyjąć kolejną, a prawdziwym wsparciem w tych cięższych chwilach. Bo przez czas -nastu miesięcy taka pojawiła się nie raz. I nawet jeśli nie uśmiechasz się do niej, wyglądasz jak siedem nieszczęść i nie widzisz tego globalnego absolutnego sensu (schował się pod dywan), to ona doskonale wie, w jakim jesteś stanie. I że każdy czasami potrzebuje przytulenia, koca i herbaty.

Mija kolejny czas, obojgu udało wam się zmienić pracę. To już nie są gównozajęcia „na trochę” po studiach, które dziwnym trafem zadziwiająco często potrafią się później przekształcić w życiowe źródło utrzymania.

Zaczynacie się więc zastanawiać: czy to on/ona?

Uwielbiacie siebie, to nie jest wasz pierwszy związek, jest wam razem naprawdę dobrze i myślicie sobie, że… to miałoby szansę zagrać. Trochę dziwnie do końca życia być razem właśnie z nią/nim i nie przetestować kogoś jeszcze (po to stworzono delegacje i wyjazdy służbowe), ale podejrzewacie, że to może być to.

I jeśli dotarliście do tego momentu, to szczerze gratuluję. Bo prawdopodobnie znaleźliście własną drugą połówkę. I na razie nie potrzebujecie moich wpisów.

You Might Also Like