Medi-o-matt Self-o-matt Think-o-matt

Kolejny tytuł, którego nie zapamiętasz

I wstęp do wpisu, który ma rozbudzić twoją ciekawość, a może i postawić jakieś pytanie, które będzie tezą przewodnią.

Teraz czas na wstęp. Trzeba trochę zarysować temat bo inaczej czytelnik ucieknie rzucony na głęboką wodę, w końcu zapierdol na fejsbuku czeka. Scrollowanie na fejsie nie pyta – scrollowanie rozumie.

Coś tam śródtytuł

Tekst do niego wprowadzający i właściwe rozwinięcie wpisu. Tutaj można pisać na większym luzie, większość ludzi rzuca okiem na wstęp, przeczyta może dwa zdania i leci do podsumowania. Więc wrzucę przepis na karpatkę, żeby trochę tekstu dodać. I tak się nikt nie zorientuje. Źródło: klik.

„Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam karpatkę. Naprawdę, nie mam pojęcia. Pamiętam jedynie mgliście placki z ciasta parzonego piekące się w piekarniku Babci – ale nawet wtedy konsumpcji samego deseru nie mogę sobie przypomnieć. Cóż, nie dziwne, było to przecież lata temu.

Nie wiem zupełnie, skąd mi się to wzięło, ale ochoty na to pyszne, polskie, kremowe ciacho nabierałam już od jakiegoś czasu. Aż w końcu – nadarzyła się okazja. Kiedy pojechałam do rodzinnego domu, ku uciesze Mamy postanowiłam upiec coś smakowitego – niezbyt pracochłonnego i niewymyślnego – ot, właśnie taką klasykę ;). Obawiałam się trochę, bowiem karpatkę robiłam po raz pierwszy – jednak muszę przyznać nieskromnie, że wyszła mi naprawdę świetna! Pięknie wyrośnięte parzone ciasto i duuuuużo kremu budyniowo-maślanego. A sam krem jest po prostu obłędny. Pachnący wanilią, mocno kremowy, z wyczuwalną nutą prawdziwego masła i domowego budyniu. Dawno nie byłam tak zaskoczona – bowiem myślałam, że za kremami budyniowymi nie przepadam ;). Przekonywałam się do nich już w zeszłym roku przy okazji kilku ciast, jednak tym razem muszę powiedzieć, że przepadłam.

Nic w tej karpatce bym nie zmieniła. Jest po prostu idealna :). A krem – mogłabym powiedzieć „jeśli nie przepadacie za maślanymi kremami, dodajcie do niego mniej masła” – ale to byłaby profanacja ;). Ja kocham maślane kremy, uważam je za szlachetne i idealne. Dlatego też na moim blogu takich słów nie napiszę :D. Polecam serdecznie!”

Myśl domykająca rozwinięcie.

Podsumowanie

Kilka dni temu S. podesłała mi film:

Jaram się nim. Jest klimat. Jest vintage. Jest montaż. Jest sex podany na talerzu, przez niewidzialnego kelnera reagującego na myśli, z lampką dobrego (czerwonego i półwytrawnego!) wina w drogiej knajpie, a nie porażenie mózgowe objawiające się duck fejsem i cyckami na inście czyli takie mielone z baru mlecznego. Z ziemniakami, bo za frytki trzeba ekstra dopłacić.

Gdy moje krążenie przestało już traktować po macoszemu resztę części ciała i jakieś impulsy między neuronami zaczęły płynąć to jeden z nich niósł informację, że ja ostatnio widziałem film w mega podobnym klimacie.

I za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć gdzie.

Kojarzyłem fabułę, kojarzyłem dziewczynę tam występującą, widziałem jak krążyła po domu, kładła się na łóżko, wyglądała przez okno i się uśmiechała ale za cholerę nie pamiętałem gdzie to widziałem. Gorzej, jarałem się tym video i czułem jak dotyka którejś z tych, głęboko we mnie ukrytych, strun skorelowanych z poczuciem piękna i tylko mnie to nakręcało do przypomnienia sobie i poszukiwań. Wyłączyłem wszelkie rozpraszacze, zamknąłem oczy i zacząłem myśleć.

Wierzcie lub nie, ale nie jest łatwo skupić się maksymalnie na jednej myśli. Z resztą wiecie o tym doskonale. Co chwilę smartfon krzyczy nowym powiadomieniem, a smartwatche jeszcze bardziej skracają smycz, którą sobie założyliśmy. Dlatego nigdy nie kupię smartwatcha (a jak kupię to napiszę dlaczego dzięki niemu moje życie stało się lepsze, a jeśli mi producent zapłaci to i usunę powyższy akapit).

Myślę więc i myślę. Googlowanie praktycznie odpadło w przedbiegach. Zupełnie nie wiedziałem jak ugryźć ten temat, a nieśmiałe próby googlowania fraz o laskach w skarpetkach… może muszę częściej czyścić historię.

Wytypowałem kilka stron na fejsie gdzie to mogło być wrzucone. Uparcie przekopuję się przez stare posty przy okazji dziwiąc się, że większość z nich ‚widziałem przed chwilą’, a potrafiły być sprzed 2-3 tygodni. Nic. Zero.

Czas na środek ostateczny czyli archeologię. Jeśli w końcu Cukierberg uczyni wyszukiwarkę w konwersacjach SENSOWNIE działającą to wyślę mu jakąś laurkę czy skrzynkę piwa (ale taniego, bo paczka do Hameryki dhoga) bo teraz nie idzie nic znaleźć. Nawet po dokładnej frazie. No beznadzieja. Trzeba scrollować. Znów. Podczas ćwiczenia mięśni palca wyrażającego emocje zbliżonych do serdecznych co jakiś czas mignie mi zdjęcie czy link, które wyglądają… świeżo. Nie przesadzam. Rozmowa sprzed kilku dni, w której BRAŁEM UDZIAŁ, a ja mógłbym siedzieć i czytać z zaciekawieniem o czym pisała druga strona i jak ja na to odpowiadałem. Taki alter ja, bo tego kompletnie nie pamiętam.

Podano do koryta waśćmościa

Przeraziłem się tym jak przetwarzanie ogromnych ilości informacji dziennie automatycznie ustawia im krótki termin przydatności do spożycia i newsy z rana wieczorem nadają się co najwyżej do śmieci. Albo jakiegoś leczo. Po co tworzyć cokolwiek nowego, skoro tak szybko zapominamy o starej treści? A jakby tak przestać już tworzyć cokolwiek nowego i tylko wciąż wrzucać stare informacje? Czasami mam wrażenie, że ten scenariusz się już spełnia.

Do tego momentu nie rozumiałem tego całego gadania o natłoku informacji, konsumpcji, upadku więzi społecznych i znieczulicy w wysyłaniu lajków biednym dzieciom w Afryce. Teraz już rozumiem. Powołując się na badanie mądrego instytutu, bazującego na mądrych źródłach i próbie 50 000 osób z 76 krajów konsumujemy dziennie przeszło 1000x więcej informacji niż w średniowieczu!* Wyobrażacie to sobie?! Nic dziwnego, że informacja się rozmywa i przy tak dużej konkurencji musi walczyć na wszystkie możliwe sposoby o naszą uwagę. Chociażby przepisem na karpatkę.

I nie muszę chyba dodawać, że linka do szukanego video nie znalazłem.

* – źródło z dupy. Dzięki życzliwości ontheedge.es.

You Might Also Like