Think-o-matt Wkurw-o-matt

Festiwal spierdolenia

Jestem zły, jestem wkurwiony, jestem rozczarowany. Myśli, że nie pasuję do tego świata powróciły wczoraj i brutalnie zdzieliły mnie obuchem po czaszce, a wszystko dzięki festiwalowi spierdolenia, jakim było Party Challenge by Desperados.

Reality check nigdy jeszcze nie był tak brutalny.

Zaczęło się od spotkania, które można również rozważać w kontekście randki. Fascynującego tła stojącego za tym nie ma. Tinder, swipe w prawo, jesteśmy, gadamy, chodźmy na imprezę. Nie ma czego opisywać, historii takich było milion i drugie tyle jeszcze będzie. Spotykamy się (miejsce neutralne) i po 30 s zaczynam się zastanawiać: gdzie ja, kurwa, jestem i z kim rozmawiam? Serio, jak nam się udało na luzie pogadać na messengerze, jak ja teraz ciebie kompletnie nie rozumiem? Ale dobra, #myslpozytywnie, potraktuję to wszystko jako lekcję i skoro już się znalazłem na obcej planecie zobaczę jakie formy życia na niej występują.

I coś takiego to ja pierwszy raz na oczy widziałem. Pominę drogę do ‚klubu’ (Reduta Banku Polskiego), gdzie po drodze miałem coraz większe wątpliwości co do zdrowia psychicznego mojej towarzyszki. To nie była huśtawka nastrojów, to już jakiś kołowrotek.

Dotarliśmy tam ok. 22:30 czyli od 1,5h impreza trwać powinna. Powinna. Nie trwała, było sztywno, nudno i z beznadziejną muzyką, ale po kolei.

Zacznijmy od tego, że w klubach bywam rzadko. Kiedyś byłem spierdoliną-kucem w bluzie slipknota, później gdy już trochę włosów zrzuciłem do klubów nawet udało się zawitać, a teraz pojawię się raz na ruski rok, bo mnie one nie jarają i się tam nie czuję. Po prostu. I jak widzę wiele zalet miejsca z tłumem na parkiecie, zapachem potu i kolejkami do baru, to w porównaniu do wczoraj będą one dla mnie ziemią obiecaną.

Jak już mówiłem w Reducie za dużo się nie działo, więc miałem sporo czasu na rozejrzenie się i wyciąganie wniosków. Tak po prostu, naturalnych wniosków, które do mózgu płyną gdy karmi się go informacjami. I te wnioski cały czas wracały do jednego hasła: festiwal spierdolenia.

Ten świat nie był realny. To był smutny dodatek do fejsa, insta, snapchata i całego social media, które stało za zorganizowaniem tej imprezy i za ludźmi w niej biorącymi udział. Oderwani granatem od rzeczywistości, którzy mieli nawet swoich ambasadorów. Opis wydarzenia mówi, że nazywali się Wujaszek liestyle*Zosia Zborowska. Byli najsmutniejszymi ludźmi, jakich moimi 25-letnimi oczami widziałem. Tymi prawdziwymi oczami, nie wirtualnymi, spoglądającymi na 62k lajków na fejsie.

20160123_235749

Wujaszka sobie sprawdziłem przed wyjściem i wiedziałem, że jego blond włosy mają rozkręcać imprezę. Na miejscu dość szybko go wypatrzyłem (czy raczej wypatrzyliśmy) i uznałem to za całkowicie normalne, w końcu właściwy człowiek na właściwym miejscu, skoro jest ‚imprezowym ekspertem’. Bądź sobie kim tylko pragniesz, mnie to ni to grzeje, ni to ziębi. Na razie zastrzeżeń brak.

Kręciliśmy się trochę po ‚klubie’, kilka razy zastanawiałem się skąd ci ludzie urwali. Jak koleś w czerwonej marynarce w kwiatki, włosach do połowy pleców opowiadający o swoim znajomym, który zrobił dużo ważnych rzeczy dla języka polskiego (?!) i gdyby nie on byśmy nie używali słowa hummus (?!?!?!?!). Wujaszek nam mignął kilka razy i w końcu padły słowa, które mnie pogrzebały żywcem:

–Zobacz, wujaszek – mówi z maślanymi oczami.

–No jest.

–Ale super byłoby mieć z nim zdjęcie (akurat sobie z kimś robił). Byłby fejm wśród znajomych.

–…to chodźmy do niego.

–Nie no. Przestań.

Przecież ja kurwa nie wiem ja to opisać. No po prostu nie wiem. Jak można mieć tak spierdolone priorytety w życiu, żeby stawiać sobie na niemal boskim piedestale kolesia od imprezowania? Autorytet to mało powiedziane! To był KTOŚ. Ten KTOŚ i do tego ZNANY, bo on jest na FEJSIE i w INTERNECIE. Serio kurwa?! Serio?!

To była kropka nad ‚i’ całego wieczoru. Znalazłem się w miejscu, które przypominało mi bal z czasów Ludwika XIV, gdzie każdy nosił perukę, aby nie dostrzec tej całej wszawicy pod spodem. Wirtualny świat na chwilę musiał wstąpić do tego prawdziwego i choć dawało padliną nikt nie zastanawiał się nawet nad otwarciem okna. To był teatr iluzji i ‚dobrej’ zabawy. To był jakiś mickiewiczowski bal u senatora czy inne danse macabre. Znalazłem się w jednym pomieszczeniu ze zbiorem ludzkich avatarów, których twarze wyświetlały się na ekranie po zagłosowaniu.

20160123_235559

I wiecie co mnie najbardziej boli? Nie to, że się tam znalazłem. Nie to, że ludzie używają SM. Nie to, że impreza długo się rozkręcała. Nie to, że ludzie mają spierdolone priorytety i wirtualny świat stawiają przed realnym.

Boli mnie to, że tylko ja to dostrzegałem.

P.S.

Randka pokazała mi też dwumetrowego kolesia, który długo ją zaczepiał na instagramie i stał 2 m od nas. Oczywiście nikt się nie ruszył. Ciekawe czy kiedykolwiek znajdowali się bliżej.

You Might Also Like