Feliet-o-matt Think-o-matt

Felieton #01: jestem oazą spokoju

Kto choć raz nie usłyszał słów ‚umiesz liczyć? licz na siebie’ ręka w górę. Znaczenie ich jest bardzo proste, ale zarówno ludzie jak i ich żywoty są jednak trochę bardziej zawiłe, rzadko możemy wybierać między ‚dobrem’ a ‚złem’, a najczęściej trzeba się poruszać między różnymi odcieniami szarości. Stąd też klarowne sytuacje były, są i będą towarem luksusowym, na który dość rzadko można sobie pozwolić. Zasada ta również obowiązuje przy kontaktach międzyludzkich i chyba nawet nie trzeba tłumaczyć, że pełna szczerość (choć oczywiście godna pochwały) niekoniecznie musi do celu przybliżać i nie raz przyjdzie nam wcielić się w dyplomatę, czy wręcz mediatora. Jak więc zachować zdrowy dystans, nie dać się zabić konwenansom i robić to, co dla nas naprawdę dobre? Medytując? A może poprzez kwiat lotosu?

Witamy w ludzkim stadzie

Żyjemy w stadzie, albo jak kto woli: w społeczeństwie. Jego rozwój, każdego dnia, przyczynia się do wzmacniania zależności między członkami, co niesie oczywiście ze sobą zbiór wad i zalet. Wadą będzie niemożność stuprocentowego zdania się wyłącznie na siebie, ponieważ traktując te słowa dosłownie, chęć zjedzenia bułek na śniadanie musiałaby się wiązać z zakupem ziemi, wysiewem, zbiorami, wytworzeniem mąki i odpieku w przydomowej piekarni, opanowując wcześniej sztukę budowania pieca i tajników świata piekarzy. Ja jednak wolę taką ze sklepu.

Zalet może być całkiem sporo, jak choćby mechanizm społecznego potwierdzenia. Nie wiesz, czy podjąłeś dobrą decyzję? Zobacz co myśli o niej społeczeństwo. Jeśli potwierdzi, to znak, że decyzja była dobra. Wierzyć (w zdecydowanej większości kwestii) zbiorowi anonimowych jednostek jest trochę ryzykowne, ale mimo wszystko sposób ten nie traci na popularności.

Fascynującym jest również zbiór reguł, którym społeczeństwo przy procesie decyzyjnym będzie się kierowało. W zależności od południka lub równoleżnika bóg nie musiał wcale umrzeć na krzyżu, a więzienie będzie mogło wyglądać nie gorzej, niż mieszkanie przedstawiciela europejskiej klasy średniej. I takie ‚drobnostki’ kształtujące lokalną kulturę będą warunkowały, że rzecz społecznie akceptowalna w Europie, taką już nie będzie w Ameryce Południowej.

Nie sposób nieco nie zboczyć z tematu i nie wspomnieć o poczuciu słuszności każdego z lokalnych systemów moralnych. Biada tym, którzy będą chcieli transferować wygodne dla siebie zasady do innych ekosystemów. Co z tego, że nazwą je ‚postępowymi’, a dotychczas obowiązujące ‚zaściankowymi’. Zaścianczanie do ostatniej kropli krwi będą bronić płaskiej ziemi, a tymi kulistymi niech zajmuje się zachód, skoro jest taki hen do przodu. Kształtu naszej ziemi z dziada pradziada zmieniać nie pozwolimy.

Oddanie steru

Niepokojący jest wzrost popularności wszelkiej maści trenerów osobistych (coachów, czy bardziej swojsko – kołczów) parających się coachingiem (czy raczej kołczingiem), którzy za odpowiednią opłatą są w stanie obiecać gruszki na wierzbie. Sięgnąć po nie może każdy i to bardzo prosto – wystarczy wyjść ze strefy komfortu.

Czasami zastanawiam się czy nie brzmię jak podobny szarlatan, w końcu duża część z wpisów ma charakter poradnikowy (tylko odpowiednio opakowany), ale dopóki nie głoszę rzeczy, z którymi osobiście się nie zgadzam, są one wypadkowymi doświadczeń mojego (krótkiego co prawda) życia, przyswojonej wiedzy i literatury oraz nie pobieram za to od was wynagrodzenia, to moje sumienie staje się trochę czystsze, a sen spokojniejszy. Staram się również nie przesadzać z naukowymi podporami prezentowanych tez, ponieważ żaden wydział psychologii nigdy o mnie nie słyszał i ze wzajemnością. No chyba, że pół semestru przedmiotu (nie kierunku) ‚filozofia’ na Politechnice Poznańskiej daje mi stosowne uprawnienia, to będę częściej podkreślać swój autorytet.

Ludzie szukają pomocy na zewnątrz (znalezienie jej w sobie mi zajęło jakieś 25 lat, a drugie tyle przede mną) i zamiast do psychologów kierują się do kołczów. Skoro i tak mają wydać pieniądze to lepiej u kogoś, kto z założenia ma powiedzieć ‚co zrobić z życiem’ albo ‚jak osiągnąć sukces’, zamiast u specjalisty z wykształceniem, który zajmuje się problemami. Jakoś tak źle psycholog brzmi, a psychiatra jeszcze gorzej. Znaczy, żeś czubek i wstyd się przyznać, że chodzisz do psychiatry. Ale kołcz to już elegacko. W zestawie z crossfitem czy sojowym latte.

Warto przed chwilę się zastanowić skąd ten nagły wzrost wynika. Cieszyć się, że dzięki modzie samorozwój (czy zaglądanie w siebie) stał się fajny, czy raczej społeczeństwo (albo jego członkowie) na przestrzeni ostatnich lat stali się jakby mniej szczęśliwi, że jakiś mądry pan musi im powiedzieć co zrobić, aby zostać zwycięzcą?

Daleki jestem od wyciągania tak pochopnych wniosków, kwestia szczęścia jest jedną z najważniejszych dla człowieka myślącego i już od kilku tysięcy lat z tym zagadnieniem się boksowano, z wyjątkowo dobrymi skutkami w części świata, którą my określamy ‚wschód’ i jest synonimem tamtejszych religii czy kultury. Nie wdając się w dywagacje nad pewnymi niematerialnymi zagadnieniami i (wszech) mocą istot z religią powiązanych (ponieważ to w zależności od części świata wyglądają inaczej) tak wschodniemu społeczeństwu i ich religiom można pozazdrościć dobrego zrozumienia tematu szczęścia (czy wręcz wskazania tego właśnie czynnika jako kluczowego dla człowieka) i popularyzacji medytacji, jako drogi do niego.

Nirvana bez Kurta Cobaina

Gdy trafiłem na pierwszą książkę traktującą o szczęściu, medytacji, oświeceniu i nirvanie, nie mogłem myśleć o tej ostatniej inaczej niż w kontekście podartych jeansów, trampek i Kurta Cobaina. Myślę, że nie byłem jedyny. Nirvana w kontekście niemuzycznym może jednak oznaczać stan maksymalnego szczęścia, lekkości duszy, oczyszczonego umysłu czy po prostu oświecenia (tak, wiem z czym się kojarzy to słowo, akurat nie o epoce tu mowa).

Stosunkowo ciężko jest mi pisać o zagadnieniach z pogranicza duchowości, religii i osiągania stanu zen, gdyż są to kwestie wielopoziomowe i znów moje kompetencje są niewystarczające, aby uchodzić tu za eksperta. Nawet jeśli, tematyka ta jest tak mocno… nie nasza (nie europejska), że brzmi po prostu obco i abstrakcyjnie. A szkoda, bo jest ważna.

Skłamałbym, gdybym napisał, że sam regularnie medytuję czy umiem zrobić kwiat lotosu. A nawet gdyby, to powszechnym skojarzeniem z tą czynnością byliby waleczni mnisi z klasztoru Shaolin, a jakoś ze sztukami walki również nigdy mi po drodze nie było. Nie licząc jednego treningu judo, gdy miałem 12 lat.

Zdaję sobie sprawę, że słowa takie jak ‚oświecenie’ i ‚medytacją’ brzmią dziwnie, a narosłe wokół nich skojarzenia mogą spowodować puknięcie się w głowę i zastanowienie o czym ja w sumie gadam. Ale robię co mogę!

Zachęcam jednak do liźnięcia tematu medytacji i skoro mamy 2016 rok, to jakby tego nie zrobić lepiej, niż z appką? Headspace wyszło na iOS oraz Androida (Windows Phone jak zawsze poszkodowany) i wam w tym pomoże. Otwórzcie umysł, dajcie sobie 10 min, zrelaksujcie się i po prostu słuchajcie. Tyle. Efekt prawie gwarantowany, a nawet jeśli nie wyjdzie, to będzie można powiedzieć przy piwie: medytuję.

Jeśli byłbym kobietą to bym na taki argument poleciał. Choć w sumie nawet jako mężczyzna, medytująca przedstawicielka płci pięknej brzmi niemniej pociągająco.

Więc zainstalujcie, sprawdźcie, a może akurat stwierdzicie: ej, fajne to!

Tego wam życzę, jak i dużo spokoju ducha.

Medytacja jest fajna. To nie żadna czarna magia, zaufajcie mi.

M.

You Might Also Like