Think-o-matt

Dlaczego kocham Woodstock?

Pojechałem, zobaczyłem, zwyciężyłem. I wróciłem maksymalnie naładowany. Raz nie pierwszy, więc spokojnie mogę być skarbnicą wiedzy dla woodstockowych nowicjuszy i radzić jak przeżyć ten okres kilku dni wypełnionych koncertami, alkoholem i niesamowitymi ludźmi. Ale dziś przede wszystkim chcę ci powiedzieć dlaczego ten festiwal jest genialny. I absolutnie bezkonkurencyjny.

Nie, nie zacznę wpisu od negowania mitów, które powstały na temat imprezy powstały. Każdy tak robi, więc byłbym nudny. Podejrzewam, że jesteś dużym chłopcem czy dziewczynką i dzięki nabytemu filtrowi sceptycyzmu już umiesz oddzielać ziarno od plew w zasłyszanych opowieściach. No i skoro przyjechało tam 500 000 ludzi to chyba musi być całkiem znośnie 😉

Ruszają dzieci na wooda

Pamiętam swój pierwszy raz, gdy w 2009 roku wysiadłem z pociągu w Kostrzynie. Normalnego pociągu, a nie woodstockowego (jedna wielka impreza), bo miałem jakieś wesele w rodzinie czy coś i wpadłem na samą końcówkę wooda. Anyway. W swoim 19-letnim umyśle zakładałem, że będzie to coś na wzór duuużego koncertu, tyle, że z namiotami, bo gdzieś spać trzeba. A tu już od pierwszego momentu ludzie w glanach i czarnych koszulkach. Z piwem w ręku. Ej, spoko.

20160716_125842Szybko zdobyliśmy instrukcję jak na pole dotrzeć, więc po zaopatrzeniu się w piwo ruszamy. Po drodze zdążyliśmy zakumplować się z kolesiem, który trochę poinstruował żółtodziobów jak to z tym woodem jest i dowiedzieliśmy się, że szkła na teren pola wnosić nie można. Więc czym prędzej rozprawiliśmy się ze złocistym trunkiem w butelkach i ruszyliśmy.

Jak się później okazało brak namiotu (brawo my) nie był najlepszym pomysłem, bo spadł deszcz i już w erze mamutów ludzie stwierdzili, że warto się schować chociaż w jaskini. Nie wiem jakim cudem udało nam się zlokalizować namiot kolesia spotkanego wcześniej i przeczekać ulewę. Później idąc na koncert.

Niepodległe miasto Woodstock

Przez lata festiwal zmieniał się i to tylko na lepsze. Nie ma sensu analizować, co w którym roku się pojawiło, dość powiedzieć, że teraz na polu jest infrastruktura nie gorsza niż w małym miasteczku, czym w sumie teren festiwalu na okres tych kilku dni się staje.

Można zjeść w strefie gastro i to nie tylko typowego kebsa czy hamburgera à la z budy, a nawet coś zakrawającego na normalnego jedzenie jak schabowy, pierogi czy 30 cm kiełby w bułce. Dla prawdziwych facetów. Gwiazdka Michelin za jakość potraw ma być dopiero w przyszłym roku, ale nie jest tak źle, jakby wydawać się mogło.20160716_205352Kwestie sanitarne są nudne, więc nie ma co się rozwodzić. Zimna woda czeka w kilku miejscach (co bardziej wytrwali czekają po kilka godzin w kolejkach do ciepłej i ‚ludzkich’ pryszniców), a toje jak toje. Sheraton to nie jest, ceramiki i fiołków brak.

A może zakupy? Proszę bardzo. Od kilku lat na terenie jest… lidl. Taki normalny lidl. Można kupić nawet firanki w promocji czy odstraszacz kretów na działkę. Jeśli ktoś potrzebuje – proszę bardzo. Nie ma za to alko, bo jednak oficjalny sponsor byłby smutny. Ostatnie lata to Lech, wcześniej Carlsberg, a kiedyś nawet kojarzę Tyskie. Piwo lżejsze i podlejsze od normalnych odpowiedników (które i tak są słabe), zarówno w puszce jak i z kija, ale znów nic, czego na festiwalach się nie znajduje. Cena spoko, pucha nie przekracza 4 zł.

Jest długi pasaż z milionem sklepików z hustami, nerkami, kapeluszami, glanami czy pluszowymi maskotkami emoji. W kształcie kupy też.

20160716_210244Takie mydło i powidło, ale w sumie: dlaczego nie? W końcu wszyscy przyjechaliśmy tam się dobrze bawić. No, może ci bez kija w dupie. Bo o dziwo na woodzie też się cały zdarzają i ze skwaśniałą miną patrzą jak inni pozbywają się konwenansów, przybijają piątki mijanym osobom i piją z nimi piwo. Ponownie: bo dlaczego nie?

Ludzie, klimat, muzyka

Czyli clou tej zabawy w dokładnie w takiej kolejności. Ludzie tworzą ten festiwal i jego niesamowitą atmosferę. Wyobraźcie sobie, że jesteście na lekkim rauszu, gdy świat jest bardziej kolorowy od tęczy, a zmartwienia minęły z ostatnim łykiem spożywanego alkoholu. I zaraz się spotkacie się z dawno niewidzianym kumplem i skoczycie na koncert, który oboje uwielbiacie.

A teraz przemnóżcie to przez liczbę uczestników. Jak tu się nie uśmiechać do mijanej osoby?

Najgorsze w zdefiniowaniu wooda jest to, że… zawsze wygląda on inaczej. Dla mnie jest to jeden długi odcinek czasu podzielony snem (który niekoniecznie musi wypadać w nocy), gdy szwendam się ze znajomymi i spędzam czas to w wiosce piwnej, to u znajomych, to na ASP (często są ciekawi goście, Marek Kondrat kilka lat temu był ge-nia-lny), to na jedzeniu czy po prostu włócząc się bez większego celu.

A no tak, jeszcze są koncerty. W tym roku już nie 3, a 4 sceny (tak, słownie: cztery), od 15:00 na każdej coś się dzieje, więc nie wiem co trzeba zrobić, że akurat czegoś w swoim guście nie znaleźć. Kilka lat temu gwiazdą na głównej scenie był… Prodigy. Takiego tłumu ludzi to ja nigdy nie widziałem, a niektóre szacunki mówią o 700 000 – 1 000 000 uczestników. Było grubo. Widok typowych Sebastianów ze swoimi Karynami w białych kozaczkach też bezcenny.

Mój personalny czas

Jednak rzeczą, którą najbardziej cenię i dodaje mi energii na długie miesiące jest wolność. Czysta i nieskrępowana wolność, spotęgowana wszechobecną pozytywną energią, która jeszcze bardziej rezonuje, gdy na pasażu spotkasz Obelixa ledwo trzymającego się na nogach.

20160713_190912Przebierz się, pomaluj włosy, lataj w ciuchach lumpa przebrany za dziecko kwiatów czy szlachcica (jak ja), albo biegaj bez niczego i jeśli jesteś laską to obserwuj miny śliniących się kolesi. Na woodstocku wszystko ujdzie ci na sucho i jeśli masz nudne życie, to zapewnisz sobie chociaż kilka turbo intensywnych dni, które pomogą ci odreagować. Albo przywdziej tabliczkę ‚free hugs’ i licz, że zamoczysz.

Woodstock to takie moje prywatne Bieszczady, gdy rzucam wszystko i odcinam się od świata zewnętrznego. Nie scrolluję fejsa, nie sprawdzam maila, nie odbieram telefonów, tylko daję się ponieść chwili i mogę co 5 min wymyślić nową historię, gdy ktoś zainteresuje się moim wąsem i będzie chciał poznać jego sekret (papiloty na noc).

Z tak oczyszczonym umysłem, przyswojonym alkoholem, jointami i endorfiną po prostu nie można czuć się tak źle i jeśli na co dzień wsłuchanie się w siebie nie wychodzi, to na woodstocku wyjść po prostu musi.

Jak ja na Dragonforce, którego słuchałem w liceum. A na koncercie, słuchając ich solówek, popłakałem się ze szczęścia. Pierwszy raz w życiu.

20160716_193722W pamięć zapadła mi też laska wraz ze swoimi psiapsiółami na jakimś tam koncercie. Jeśli swoją wiedzę miałbym czerpać wyłącznie z internetowych śmiesznych obrazków, to mogły śmiało zostać openerowymi Karynami. Ale wiecie co? Ich obecność na woodstocku była tak bardzo absurdalna, że aż naturalna. Przed chwilą produkowałem się o wolności i genialnie spędzonym czasie, więc skoro ja mogę, to dlaczego nie one?

Ich łączne IQ nie przekraczało inteligencji średniej porcji frytek z maca, ale co z tego? Że łyknę czasami jakąś książkę czy umiem sklecić kilka słów na blogu (czy artykule w pracy) nie czyni mnie zbawcą ludzkości i obserwując obok wspomnianą laskę, która ewidentnie zarzuciła wcześniej coś innego oprócz alko, autentycznie (nie przesadzam) podziwiałem jej zabawę na granicy świadomości, która sprowadzała się do powolnego bujania. I jeśli na tym koncercie był ktoś, kto osiągnął zen, nirvanę czy oświecenie, to była właśnie ona.

A po chwili też ja. I nie pamiętam kiedy tak dobrze się czułem.

M.

You Might Also Like