Self-o-matt Think-o-matt

Czy kochasz to co robisz?

Jak powinno wyglądać twoje życie, żebyś mógł spokojnie powiedzieć: niczego nie żałuję; po czym skoczyć ze spadochronem nie martwiąc się, czy na pewno się otworzy. I czy zastanawiałeś się jakie decyzje doprowadziły do tego?

Jest maj 1997 roku. Na świecie ostatnie dinozaury umierają w domach spokojnej zagłady, a w miejscowości B(rz)ydgoszcz pewien chłopiec z grzybowym cięciem a’la Marek Mostowiak dostaje swój pierwszy komputer. W środku był jakiś Pentium II 233 MHz i pierwszym co zrobił, jeszcze przed wyjęciem peceta z kartonu, było zlokalizowanie wzrokiem przycisku reset i stwierdzenie, że jego średnica odpowiada żółtemu długopisowi lotto (tak, pamięta takie szczegóły). Po użyciu długopisu do ‚wciśnięcia’ resetu przycisk wpadł do środka i przez prawie 2 lata milczał jak grób, że to jego wina. I jednocześnie zastanawiał się: po co mi ten komputer?

Lata mijały, a chłopiec odkrył, że komputer służący do ‚nauki’ idealnie sprawdza się również w roli konsoli do gier i nałogowo zajmował się na wyciskaniu coraz to nowych rekordów w Need for Speed II SE (Special albo Second Edition, do dziś nie wie). Oczywiście samochodem zdobytym na kodach.

Lata miajały, a po drodze przewinęły się inne gry mające ‚II’ w nazwie. GTA 2, Diablo 2 czy Settlers II. Do dziś pamięta, jak grając w te ostatnie i czytając pod koniec bajek ‚the end’ jako ‚tche ent’ nie rozumiał co gra do niego mówi, więc kuzyn mu rozpisał wszystko na kartce. Była ona święta. Dzięki temu wiedział, który budynek służy do czego i jaką kopalnię wybudować, gdy archeolodzy postawili tabliczkę na złożu (najlepsza była oczywiście żółta, ponieważ oznaczała złoto).

Poszedł do gimnazjum, które jeszcze nawet gimbazą nie było zwane. Podłączyli mu internet, darmowy miesiąc próbny neostrady z TP SA (tak, tak), z którego można było zrezygnować bez ponoszenia żadnych kosztów. Wtedy się zastanawiał: po co mi internet? Oj jaki był płacz, gdy później stałego łącza zabrakło i trzeba było się na Gadu-Gadu umawiać na określoną godzinę. Już wtedy był na mat-infie, bo wiedział, że lubi komputery i w przyszłości chce być ‚informatykiem’.

Liceum. Tym razie już nie jakaś bylejaka rejonówa jak gimnazjum, a porządne IV LO (fon. iwlo) w trochę mniej porządnym brzydkim mieście. Klasa o profilu matematyczno-fizycznym (bo nie było mat-infu), ale rodzice mówili, że na informatykę fizyka też się przydaje, więc był zadowolony z wyboru. Liceum wspomina naprawdę zajebiście.

Przeprowadzka na studia. W życiu nie miał planów opuszczać miasta, którego teraz skrajnie nie lubi, ale kumpela z klasy powiedziała: ej, chodźmy do Poznania; ja chcę iść na kongnitywistykę (też do dziś nie wie jak ten kierunek poprawnie się nazywa). Po otrzymaniu info z toruńskiego UMK: kochamy cię, studiuj tutaj, upił się straszliwie, postawił kolejkę piwa w kebiabiarni, a później rzygał w krzakach. Dokładniej w paprociach.

Jak się za kilka dni okazało niepotrzebnie, ponieważ poznańska polibuda napisała do niego: my chcemy cię bardziej, więc plany wyprowadzki szybko przybrały azymut Wielkopolska i po 4 miesiącach picia, (od maja do października) czym prędzej pozbył się kuca, spakował manatki i wyruszył. Na wymarzoną informatykę. W Poznaniu. Nie potrafiąc programować.

Jak dość szybko okazało się, umiejętność programowania na kierunku informatycznym może sporo uprościć, np. wykonywanie jakichkolwiek projektów (które zawsze robił pod sam koniec i na odpierdol), więc dość szybko kodzić się nauczył. Lepiej lub gorzej. Nie jarało go to zbytnio, ale przecież młodym był, mleko pod nosem miał, więc co mógł wiedzieć o życiu i pasji? Rankingi i rodzice mówią, że informatycy zarabiają dużo piniendzy, więc studiuję. Kto by nie chciał zarabiać dużo.

Studia inżynierskie się kończyły, praca inżynierska nieco wolniej (oczywiście robił ją w ostatniej chwili i stresie), ale udało się. Obronił się, ma inż. przed nazwiskiem, zakończył karierę w IT w centrali Lidla pod Poznaniem i wyjechał do Warszawy. Bo los go tak rzucił.

Rozpoczął studia na kolejnej politechnice. Drugi stopień, bo to przecież się przyda, żeby być dobrym ‚informatykiem’, a chłopiec wciąż czuł, że nie jara go to tak, jak powinno. Podłapał pracę w R&D Samsunga, coś tam programował, ale było słabo.

Wtedy zobaczył newsa na pclabie, że szukają ludzi. Pomyślał sobie: no dobra, komputerami interesuję się od zawsze, wszystkie artykuły czytam od deski do deski w momencie publikacji, umiem pisać (choć nigdy nie robiłem tego zawodowo) i mówi sobie: nadaję się. Po miesiącu (nie pytajcie dlaczego) wysłał maila, odebrał telefon od Tomka, wpadł na rozmowę kwalifikacyjną (gdzie okazało się, że ‚znają się’ z internetów) i praktycznie z miejsca dostał tę robotę. Musiał jeszcze przy okazji pokazać, że potrafi pisać, ale tekst stworzony wieczorem, między odcinkami serialu i butelkami piwa, w pełni wystarczył.

Jest więc w pclabie. Po drodze kończy studia i był już de facto wiecznym studentem, a do pisania pracy zabierał się tak żwawo, że w końcu jej nie stworzył. Ma absolutorium. Wmawia sobie, że kiedyś tę pracę napisze, ale bądźmy realistami.

Po drodze miał kolejny romans z programowaniem, łączył to z pracą w redakcji, ale ostatecznie dał sobie spokój. Permanentny. Wrócił do dziennikarstwa i się stąd nie rusza.

Wiecie, co tak naprawdę dały mu studia? Dowiedział się na 101%, czego w życiu nie chce robić. Informatyka go nie jara. A przynajmniej nie w kontekście branży stricte IT, pod którą studia te miały go przygotować.

To, że ‚lubił komputery’ nie oznaczało, że nadaje się na informatykę. Oznaczało, że lubi komputery i jara się sprzętem. Jak większość dużych chłopców, bo każdy z nich będzie się cieszyć z nowej zabawki, tylko z biegiem lat dochodzi im kolejne 0 na końcu. Więc gdyby w życiu następował kryzys wieku po-średniego, to pozostaje chyba tylko jacht.

Pracuje więc jako dziennikarz od 2,5 roku. W Warszawie mieszka rok dłużej. Kocha swoją robotę. Od zawsze lubił pisać, ale nigdy tego nie rozwijał. Po prostu był w tym dobry. Trafiła się praca (i możliwość współtworzenia) portalu, który od zawsze darzył największym zaufaniem. Nie jakaś tam popierdółka, tylko od razu z grubej rury. Teraz siedzi na wyjeździe, który sprowadza się do imprezowania i podziwiania podlaskich krajobrazów, a to wciąż część jego obowiązków. Strasznie ciężkich, bo networking bywa wyczerpujący. Podobnie jak kolejne butelki whisky przy ognisku do bladego świtu.

I gdybyś chciał mnie teraz wyrzucić z samolotu mówiąc: ale ty nie masz spadochronu. Ja bym tylko zakręcił wąsa, uśmiechnął się i powiedział: to kurwa rzucaj. Lądując jak zawsze na 4 łapy, choć niekoniecznie w planowanym miejscu i z przetrąconą nogą.

You Might Also Like