Self-o-matt Think-o-matt

Ale co masz na myśli?

Fajnie jest spędzać czas z osobami, które do nas pasują. Czujemy się komfortowo w takim towarzystwie i niekoniecznie musi oznaczać to, że nasze zainteresowania będą wspólne, choć często ten warunek zajdzie. I pewnie nie będzie dla ciebie zaskoczeniem, że bez dobrej komunikacji z drugą osobą (na jakiejkolwiek płaszczyźnie wasza relacja by się nie rozgrywała) nic z tego nie będzie, choćby nie wiem co.

Za górami, za lasami

Muszę się przyznać, że kiedyś nie szło mi tak dobrze w relacjach z ludźmi. Nie przepadałem za przedstawianiem siebie ‚od nowa’ kolejnej żywej personie, a jeszcze bardziej mnie męczył proces dopasowywania, ponieważ, dziwnym trafem, tylko ja wiedziałem co siedzi w mojej głowie, a umiejętność czytania w myślach była domeną reklam kontekstowych Google’a. Niechęć ta wynikała też z miliona innych czynników, jak choćby bycia mentalnym kucem, ale brak wąsów i pozostałe grzeszki zostawię na inną okazję.

Cyklicznie powracała do mnie ‚refleksja’: ale oni wszyscy są głupi (czytaj: zamordowałbym), ale nie szedł za tym plan naprawczy. Bo jak on mógłby wyglądać? Przecież to nie moja wina, że wszyscy (poza mną) są beznadziejni i mnie nie rozumieją.

Zrodziło się z tego niebezpieczne założenie: nie potrzebuję innych, teraz jest ‚OK’, poradzę sobie sam. Albo z garstką ówczesnych znajomych. I gdybym w tym założeniu trwał, nie prowadziłbym tego bloga, o milionie innych fajnych rzeczy w moim życiu nie wspominając.

Kwestia potrzeb

Trochę czasu mi zajęło, zanim uświadomiłem sobie, że przez życie w pojedynkę iść po prostu nie warto. Można, dużo rzeczy można. Pić harnasia co wieczór czy lubować się w spaghetti z paczki też można, ale nie o to chodzi, żeby życie po prostu przeżyć. Gdybym chciał marnować czas i życie zostałbym programistą (mija rok odkąd rzuciłem programowanie). Wychodzę z założenia, że życie ma ze sobą coś nieść i generować fajne wspomnienia. A jak można prościej po nie sięgnąć, niż poznając nowe historie, pasje i miejsca. Słowem: ludzi, którzy już tam byli, albo dzięki nim właśnie się tam wybierzemy.

Skoro więc już wiedziałem (albo podejrzewałem) co to szczęście w życiu może mi dać, pozostało tylko odkryć jak to zrobić. Zgodnie z podstawową regułą, że robiąc wciąż to samo nie można oczekiwać różnych rezultatów, należało coś w kontaktach z ludźmi zmienić. I pewnie nie byłoby z tym nic złego, gdyby nie ‚drobny’ fakt, że ta zmiana miała nastąpić po mojej stronie.

Mów do mnie

Niech to nie będzie żadnym usprawiedliwieniem, ale najwięcej syfu wynosi się z domu. Niektórzy określają to wychowaniem, ale skąd o wychowaniu mają wiedzieć ludzie, którzy przez 50 lat nie zdążyli jeszcze odkryć jak interpretować własne potrzeby i bezwiednie kopiują schematy pokolenia poprzedniego. Na zawsze pozostanie dla mnie fenomenem, z jak wielu mikropowodów można rozpoczynać debatę o reformie systemu edukacji, sprzeczać się nad wyższością przedmiotów ścisłych nad humanistycznymi, a tymczasem nie edukować w zakresie podstaw psychologii czy nie rozmawiać o seksualności. Takie swoiste przysposobienie do życia w życiu.

I częścią tego mojego syfu był problem z komunikowaniem swojego zdania, a właściwie wzruszanie ramionami, gdy jakaś myśl wymagała dopowiedzenia, czy druga strona nie odczytała międzywierszowej aluzji, choć ja doskonale wiedziałem, co chcę przekazać.

Efekty tego były opłakane. Nie muszę chyba dodawać, że prowadziłem raczej półkomunikację, aniżeli komunikację i w dłuższej perspektywie poznawać nowych ludzi po prostu się ‚nie opłacało’, ponieważ kiedyś musiała pojawić się kwestia (dowolnej natury) wymagająca doprecyzowania, co potrafiłem w pokrętny sposób przełożyć na osobistą porażkę, a na te z kolei honor perfekcjonisty nie pozwalał. Skomplikowane to.

Jednak sytuacja okazała się nie taka trudna do rozwiązania, jak mojemu mózgowi mogło się wydawać i wybranie opcji rozmowa zamiast ucieczka, potrafiło dać zadziwiająco dobre rezultaty. Ponadto ani mój świat się nie zawalił, że nie zrozumieliśmy się od razu, ani druga strona nie stwierdziła: Borze, co za koleś, muszę z nim zerwać wszelkie kontakty. Ot, tak po prostu wygląda normalny dialog i kilka kolejnych prób potwierdziło, że doprecyzowywanie wcale nie jest takie głupie i skreślanie osób z tego powodu to słaby pomysł.

Dialog nie gryzie

Choć to może wydawać się nieprawdopodobne, ale do skutecznej komunikacji potrzebny jest dialog, ponieważ tylko ty wiesz co chcesz przekazać, jakie są twoje potrzeby i oczekiwania. Zasada ta zastosowanie będzie miała wszędzie, od przyjaciół, przez związki, pracodawcę i fryzjera, który ma własną miarę 2 cm i pojęcia ‚samych końcówek’. Musisz zadbać nie tylko o przekazanie komunikatu, ale jeszcze upewnienie się, że został dostarczony i poprawnie zrozumiany.

Nie masz już 5 lat, kiedy twoje żądania dotyczyły co najwyżej smaku lodów. W przypadku otrzymania czekoladowych zamiast truskawkowych świat się nie kończył. Za to w dorosłości pewnie już dawno odkryłeś, że pieniądze nie biorą się z comiesięcznego tajemniczego źródełka o nazwie ‚przelew środków’, a jednak trzeba coś sprzedać (najpewniej czas i umiejętności), żeby ta kasa na koncie się pojawiła.

Może to będzie transakcja z klientem, który zawsze wie lepiej, a może praca ‚pod kimś’, gdzie nie ucieknie się od szefa i delegowania zadań. W każdym razie operowanie słowem i dialogiem jest na porządku dziennym, więc opanowanie tej sztuki to nie tyle, co dodatek w stylu kursu szydełkowania, a absolutna podstawa, która uczyni twoje życie łatwiejszym.

I uczyni też je lepszym. A chyba warto o nie dbać, skoro mamy tylko jedno, co?

You Might Also Like